Chciałam przeczytać ciekawą pozycję o Japonii, aczkolwiek nie interesowała mnie historia począwszy od królestwa Yamato.
Kiedy znalazłam "Amerykańską gejszę", postanowiłam odłożyć typowo obyczajowe książki i skupić się (ale tylko chwilowo:) ) na ciemnych zakamarkach nocnego Kraju Kwitnącej Wiśni.
Lea- młoda magister kulturoznawstwa Azji Wschodniej i posiadaczka kilku innych tytułów, wyrusza do Japonii celem pracy w szkole. Jednak jej plany zmieniły bieg o 180 stopni. Niedoszła nauczycielka rozpoczyna pracę jako hostessa, prowadzi nocne życie i zatraca się w tej "czarnej" wersji siebie.
Zawsze przyciągały mnie książki w formie pamiętników i opisów osobistych przeżyć. Zresztą kogo w obecnych czasach nie wciąga grzebanie w czyjejś prywatności? To choroba XXI wieku.
Szczególnie jeśli owe przeżycia wiążą się z odmienną kulturą i mentalnością. Lea Jacobson bardzo dobrze oddała swoje zderzenie z japońską rzeczywistością. Krótkie opisy poszczególnych sytuacji, przemyśleń i okresów czasu w formie mini-rozdzialików spełniły swoją rolę. Co za dużo to nie zdrowo a w tym wypadku nie ma natłoku zbędnych informacji. Jednak momentami miałam wrażenie, że czegoś zabrakło, niektóre opowieści są jakby urwane, przemilczane.
W lekki i konkretny sposób zostało przedstawione Tokijskie życie nocne i reguły, jakie panują tym, skądinąd, zamkniętym światkiem. Lea podzieliła się z nami informacjami, które nigdy nie znajdą się w żadnym przewodniku ani prawdopodobnie w książce typowo podróżniczej. Czytelnik zostaje wprowadzony w struktury dzielnic tętniących życiem tylko nocą i życiowe zakręty ludzi, którzy tam funkcjonują w ten czy inny sposób.
Równolegle z tym, opisane zostały kobiety, które zrobią wszystko, żeby zarobić na lepsze życie dla dzieci- kiedy nie mają innego wyboru, zostają hostessami. Pracują kreując się na nowo, podając drinki i zabawiać skretyniałych czasami klientów, którzy traktują je jak czyste karty, na których, chociaż na kilka godzin, mogą stworzyć swobodny obraz siebie, taki, jakiego nigdy nie wykorzystają w realnym życiu przez ograniczenia takie jak poważna posada, stateczność, specyficzna japońska kultura. Zaskakujące jak wiele ludzie są w stanie zapłacić za odrobinę wolności... Nazywa się to przepływającym światem. Wszystko dla chwili.
"Żyć tylko dla chwili, rozkoszując się księżycem, śniegiem, kwiatami wiśni i liśćmi klonu, śpiewając pieśni, uwielbiając sake, kobiety i poezję, pozwalając sobie dryfować, unosić się beztrosko na powierzchni, niczym tykwa niesiona przez prąd" - Jeden z cytatów, którymi Lea opatrzyła kolejne rozdziały. Pochodzi z książki "Tales of the Floating World" autorstwa Ryoi Asai.
Ponadto, dopatrzyłam się wielu istotnych uwag o języku japońskim, który to również ma niemały wpływ na kulturę a może nawet mentalność tamtejszego społeczeństwa.
Podsumowując, książka wiele wnosi, czyta się szybko, lekko i momentami ze zdumieniem-powodem konkretnych opisów, bez owijania w bawełnę. Lea świetnie przedstawiła swoją drogę od momentu jak zatopiła się w pijanym, nocnym Tokio, do samego wyjścia na prostą.
Polecam. Komu? Wszystkim zainteresowanym nie tylko Japonią, ale także kulturowymi ciekawostkami, tymi nieszablonowymi. Także zwolennikom pamiętników o uzależnieniach i drodze do odzyskania równowagi życiowej.
Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie. Carlos Ruiz Zafón- Cień wiatru
środa, 18 lipca 2012
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
„Prowadził nas los” Kinga Choszcz, Radosław "Chopin" Siuda
Na początku zastrzegam, że jest to opinia jak najbardziej subiektywna. Sama taka podróż i determinacja tej niezwykłej pary jest dla mnie wystarczająca, żeby ich podziwiać, a książka to cząstka ich przeżyć, które udostępnili czytelnikom. Nie mniej, świetna.
Znów zasugerowałam się szczątkowymi opisami. To znaczy: „Bilet w jedną stronę, dwa plecaki, pięćset osiemdziesiąt trzy dolary i dwadzieścia pięć centów- cały nasz kapitał, niewiele planów i dużo marzeń. (…) Wiedzieliśmy jedno- chcemy objechać świat dookoła. CAŁY.” Tyle mi wystarczyło, żeby zabrać się do czytania i nie rozczarowałam się.
Znów zasugerowałam się szczątkowymi opisami. To znaczy: „Bilet w jedną stronę, dwa plecaki, pięćset osiemdziesiąt trzy dolary i dwadzieścia pięć centów- cały nasz kapitał, niewiele planów i dużo marzeń. (…) Wiedzieliśmy jedno- chcemy objechać świat dookoła. CAŁY.” Tyle mi wystarczyło, żeby zabrać się do czytania i nie rozczarowałam się.
Kinga prowadziła dziennik z pięcioletniej podróży jej i Chopina. Okazuje się, że stopa można łapać nie tylko lądowego, ale również wodnego i powietrznego. Spontaniczne decyzje, trasy, przebyte kraje i spotkani ludzie. Nic nie było do końca zaplanowane i dlatego ich podróż była tak fascynująca. Co nie znaczy, że bez problemów- masa trudności, których nie można było przewidzieć oraz takich, na które Kinga i Chopin po prostu się nie przygotowali- nie wiedzieli jak daleko i na jak długo uda im się dotrzeć. Żyli teraźniejszością.
Cała książka w formie urywków z dziennika Kingi to dobre rozwiązanie. Treść nie została stworzona po powrocie, ale była pisana na świeżo, z aktualnymi obawami, wrażeniami. Wszystko na bieżąco o tym co „teraz” ważne, bez patrzenia na dany dzień rzez pryzmat całej podróży. Losy Kingi i Radka można było śledzić na bieżąco (to znaczy wtedy, kiedy tylko mieli dostęp do Internetu) na ich stronie internetowej.
Istotną rolę odegrał wieczny optymizm autorki, bo gdyby nie on, pewnie oboje z Chopinem zrezygnowaliby wcześniej. W końcu kiedy kilka dni z rzędy nic się nie udaje, każdy następny jest jednym wielkim znakiem zapytania - można zwątpić. Jestem pod wrażeniem niezwykłej osobowości Kingi . Determinacja, pozytywne nastawienie, wiara w to, że chcieć to móc. Poza tym otwartość. Na ludzi, na świat, na siebie i własne marzenia.
W jakiejś części „Prowadził nas los” przywraca wiarę w ludzi. Spotkania autorów z z osobami różnych narodowości podczas łapania stopa, szukania noclegu czy innej pomocy zazwyczaj owocowały się inspirującymi rozmowami i znajomościami czy po prostu dobrą zabawą. Oczywiście nie obeszło się bez kradzieży i bliskiego spotkania z tą drugą stroną człowieka, mniej przyjazną, ale takich incydentów było zdecydowanie mniej. Jak twierdzi Kinga: „wystarczy wierzyć” .
Mnóstwo zdjęć. Jedne bardziej profesjonalne, inne mniej- wszystkie świetne. Dopełniają całej historii. Jak to możliwe, że da się „od tak” wyjechać w podróż, bez większych przygotowań i funduszy i zwiedzić aż tyle?
„Życie jest przygodą- odważ się na nią”
„Życie jest przygodą- odważ się na nią”
Miejscami wydawało mi się, że coś zostało pominięte, że jest za mało informacji, a może za mało dokładnych… Ale jednak to było wystarczająco. Najważniejsze i najciekawsze fragmenty. Zresztą ile byłoby części dziennika gdyby znalazł się w książce każdy dzień z pięciu lat podróży? Z tego część to bezowocne stanie na drogach czekając na stopa. Zdecydowanie dobrze „pocięto” fragmenty zapisków Kingi, tak, że czyta się je jak wciągającą powieść.
Na pewno nie jest to przewodnik, bo ani Kinga ani Chopin nie wiedzieli dokładnie co i gdzie zamierzają zwiedzać, to raczej opis podróży, przebieg życia z dnia na dzień razem z wszystkimi miłymi chwilami, ale też problemami. Prowadził ich los- jak w tytule.
Polecam. Wciągam zachwyca zdjęciami i przede wszystkim motywuje. Nie tylko do długich wypraw, ale po prostu do spełniania marzeń i wiary we własne możliwości.
niedziela, 24 lipca 2011
"Etiopia, ale czat!" Martyna Wojciechowska
„Po to, co dla mnie osiągalne- będę sięgać” – słowa M. Wojciechowskiej bezczelnie skopiowane z jej strony (WWW). A jakże motywujące, między innymi dlatego, że wypowiedziane przez osobę, która nieustannie się do nich stosuje.
Dawno temu czytałam „Przesunąć Horyzont” i pamiętam, że byłam pod wrażeniem, potem nastąpiła przerwa z p. Martyną a dziś skończyłam czytać kolejną jej książkę- połączenie relacji z kręcenia odcinka do „Misji Martyna” z albumem/przewodnikiem po kulturze Etiopii.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to mnóstwo zdjęć. Nie zwróciłam na to aż tak dużej uwagi, ale chyba ŻADNA strona nie pozostała bez opatrzenia zdjęciem czy obrazkiem- plus. To znaczy minus- zdecydowanie za szybko się czyta. Za to dużo lepiej można sobie wszystko wyobrazić, poza tym oglądanie tak pięknego albumu – pod względem nieosiągalnych krajobrazów, scenek rodzajowych, wyglądu ludzi tamtejszych plemion - to sama przyjemność. Czyli jednak plus. Zresztą cała szata graficzna zasługuje na uwagę, do tego kilka abisyńskich przysłów przy dobrze zaznaczonych rozdziałach, „podręcznikowe” ramki z konkretnymi i bardziej rozwiniętymi informacjami na co ciekawsze tematy- plus.
Uderzył mnie język. Prosty, dziennikarski, trafiający do czytelnika. Nie ma co się nastawiać na poważny, wysublimowany i sztywny opis całej podróży. Głównie przez to bardzo pozytywnie odebrałam tę książkę. Prosto z serca, naładowana emocjami i bez trudności ze zrozumieniem odczuć uczestników podróży.
Ludzka rzecz, nie wiedzieć gdzie wpakować ponad sto baterii i narazić ekipę na zarekwirowanie sprzętu. Pójść do chińskiej restauracji w środku Afryki, po czym cierpieć na zatrucie pokarmowe- zdarza się. Gimnastykować się ponad siły dla dobrego ujęcia- można powiedzieć, że przyzwyczaiłam się do tego po kilku rozdziałach, że nie jest to opis profesjonalnego, zorganizowanego podróżnika. To taka „ludzka” książka co bardzo mi się podoba. Martyna i jej ekipa napotkali na swojej etiopskiej drodze tyle trudności, że uwierzyłam w realność całej książki i uśmiałam się. „Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej” – wiele razy Martyna to powtarza, ale cóż… Czy między „przygodami” z władzą, pół nagim strażnikiem z kałasznikowem i problemach z dzikim plemieniem i chorobą ekipy można powtarzać coś bardziej trafnego?
Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wiem COŚ o Etiopii i to „coś” nie ogranicza się do jej położenia i stwierdzenia, że ogólnie to jest tam bieda. Duża dawka kultury, przydatnych informacji dotyczących samego poruszania się tam jak i zachowań tamtejszych mieszkańców, informacji o roślinach, budowlach i ogólnie budownictwie, historii, mitach… Wszystkiego po trochę, w tak wyważonej ilości, żeby choć po części zagłębić się w atmosferę poszczególnych fragmentów Etiopii. Poza tym wszystko co składa się na całokształt zainteresowało mnie i to porządnie zarówno tym krajem jak i wzbudziło ciekawość co do pozostałych książek Martyny Wojciechowskiej, których nie czytałam.
Po wielu książkach podróżniczych mam już w jakiś sposób ukształtowane swoje postrzeganie danych części świata i samych podróży, teraz myślę, że zmieniłam spojrzenie może trochę na takie wyprawy, ale też głównie na samą Etiopię o której moje wyobrażenie było zupełnie inne po takich właśnie dopracowanych co do słowa, żeby brzmiało mądrze publikacjach. Dlatego po raz kolejny powtarzam, że „Etiopię…” czytało mi się świetnie- styl pisania i język idealne, szczególnie jak dla takiego tematu- książka nie powinna być zamknięta w dokładnie opracowane ramki ani zachowana w sztywnej formie - wedle przysłowia abisyńskiego i tym samym tytułu pierwszego rozdziału: „Przy stworzeniu świata Bóg dał Europejczykom zegar, a Afrykańczykom czas.”
piątek, 22 lipca 2011
"Zhańbiona" Jasvinder Sanghera
Pojawiła się już u mnie recenzja drugiej z kolei książki Jasvinder: "Córki hańby", a teraz jestem po lekturze pierwszej (świetna kolejność, wiem, ale to dlatego, że „zhańbionej’ długo nie mogłam znaleźć, aż w końcu ku mojej uciesze mogłam ja przeczytać)
Jasvinder Sanghera to współzałożycielka (i pomysłodawczyni) prężnie działającej organizacji Karma Nirvana, walczy o prawa kobiet, pomaga Azjatkom skazanym na życie w świecie, którym rządzi honor. Potrafi pomagać takim dziewczynom i okazać pełne, szczere zrozumienie oraz wzbudzić zaufanie. Nie bez przyczyny ma takie doświadczenie.
Sama musiała zmierzyć się z tak przykrymi doświadczeniami niejednokrotnie i właśnie o swoim życiu napisała „Zhańbioną”. To autobiograficzny portret kobiety która zawalczyła o godny byt, na jaki sobie zasłużyła i nie poddała się, mimo, że wiele razy próba wyrwania się z dotychczasowego życia wydawała się walką z wiatrakami.
Przez całe dzieciństwo znosiła wszystkie zakazy które ją obowiązywały (łącznie z zakazem ubierania się i zachowywania jak „białe dziewczyny”, co wg jej rodziców było wielką hańbą), do czasu starała się nie sprzeciwiać, mimo, że jej rodzeństwo, a szczególnie brat byli traktowani inaczej. Jednak kiedy w wieku czternastu lat zobaczyła zdjęcie człowieka, którego ma poślubić, miarka się przebrała. Uciekła, została wyklęta przez rodzinę- wydawać by się mogło, że powinna oddzielić się od przeszłości i zacząć nowe życie, co mimo wszystko nie jest takie łatwe. O tym i innych problemach, przeżyciach, napisała w „Zhańbionej”. Przez strony książki, przewija się kilka innych historii, mniej lub bardziej tragicznych- każda z nich na swój sposób porusza i zmusza do myślenia.
Można powiedzieć, że jest wiele takich historii – jasne, że tak. Do tego część z nich jest na pewno bardziej drastyczna, tragiczna, inne Azjatki na pewno przeżywają taki sam lub większy koszmar, jeszcze inne nie uchodzą z życiem, a te które cudem wytrwają, nie potrafią potem sobie poradzić- prawda. Tylko, że nie każda z tych kobiet, którym się udało, postanawia poświęcić się dla innych zakładając specjalną organizację. Nie każda porusza niebo i ziemię, żeby innym w takiej sytuacji żyło się lepiej. Tak właśnie zrobiła i dalej robi Jasvinder, chyba dlatego wybrałam właśnie tą książkę.
Dzięki swojej odwadze i determinacji osiągnęła ogromny sukces. Poza swoją działalnością o której już wspomniałam, wydała książkę, która uświadomiła tysiące osób o dramacie ustawianych małżeństw, traktowania dzieci, kierowania się nie sobą, szczęściem rodzinnym a honorem . Cieszę się, że takie publikacje powstają i przybliżają historie takie, jak ta. W końcu na pewno dla wielu, problemy dotykające azjatyckie kobiety są tak odległe, że nie wymagają zagłębienia się w nie. Dobrze, że są tacy, którzy to zmieniają.
Lekki język sprawił, że książkę czytało się świetnie. Wciągająca historia kobiety, która zebrała całą odwagę, jaką tylko znalazła w sobie i zawalczyła o lepsze życie dla siebie a teraz walczy o nie też dla innych.
niedziela, 17 lipca 2011
"Żar Sahelu" Agnieszka Podolecka
Pierwszy raz spotkałam się z tą autorką. Na pewno to częściowo przez moją bliżej nieuzasadnioną niechęć do polskich autorów (która godzinę temu, kiedy skończyłam czytać „Żar Sahelu”, znacznie osłabła), jednak ta książka zainteresowała mnie do samego początku. Kiedy zobaczyłam na odwrocie książki fragment biografii p. Agnieszki: „Przygotowuje doktorat o szamanizmie południowoafrykańskim”, byłam już pewna, że po jej dzieło sięgnę. Muszę przyznać, że przyciągnęło mnie też piękne wydanie, ciekawa okładka wyróżniająca „Żar Sahelu” spośród innych książek.
Liczyłam na przewodnik, dziennik z podróży (co i tak pewnie zainteresowałoby mnie samą tematyką, więc moja opinia będzie subiektywna), a ku mojemu zaskoczeniu przeczytałam świetną powieść o Afryce- kulturze tamtejszych plemion, otoczeniu, zwyczajom, zagrożeniom i niespodziankom jakie mogą tam człowieka spotkać, poza tym o życiu, przyjaźni i uczuciu.
Anna wraz ze swoją córką Bellą wyprowadzają się do Mali, gdzie mąż Anny- Marek- ma być ambasadorem ( i od tego wyjazdu wszystko się zaczyna). Nie są zachwycone, biorąc pod uwagę fakt, że to kolejna wyprowadzka, dla Belli kolejna zmiana szkoły, brak stałego miejsca, które można nazwać domem, a do tego krajem wstrząsnęła fala rytualnych morderstw co nie zachęca do przyjazdu. Na szczęście jest niedaleko nich bliski przyjaciel rodziny David. Zaczyna robić się niebezpiecznie, kiedy Bella wzbudza zainteresowanie Dogonów, których to oskarżano o rytualne zabójstwa a do tego otrzymuje ostrzeżenia, których stara się, wraz z pomocą przyjaciela Williama, nie bagatelizować. I tyle opisu wystarczy, choć jest jeszcze wiele rzeczy o których mam ochotę wspomnieć, ale musiałabym do tego chyba przepisać książkę.
Nie mogłam nie polubić tej książki- po raz kolejny zaintrygował motyw niespodziewanej podróży zmieniającej życie. Mowa o nagłej decyzji autorki o wyjeździe do dalekiej Afryki, jak można przeczytać na jej stronie: „Decyzję musiałam podjąć w ciągu jednej nocy. Tyle czasu miał mój mąż, by odpowiedzieć swojej firmie – chce lub nie chce być brany pod uwagę. Podejmując decyzję, nie wiedziałam nawet, do jakiego kraju mam się przenieść...(…) po godzinie powiedziałam TAK.”
Kilka wątków, wartka akcja, interesujące osobowości bohaterów. Ciężko ocenić tę książkę kryteriami jakiejkolwiek kategorii. Łączy w sobie romans, sensację, przygodę i do tego odkrywa część tajemnic Afryki. Niesamowicie wciąga i pozwala się zagłębić to wszystko, o czym opowiada (żeby za dużo nie zdradzać bo w końcu się zapędzę i opowiem tu wszystko, łącznie z zakończeniem)
Jedyne co mi nie pasuje to te trzynaście zdjęć z tyłu. Mało. Chociaż jak na powieść a nie publikację w kategoriach przewodnika czy książkę podróżniczą, wystarczająco.
czwartek, 14 lipca 2011
"Sekretny język kwiatów" Vanessa Diffenbaugh
Piękna okładka przyciągająca wzrok, motyw kwiatów, delikatność, tajemniczość bijąca na pierwszy rzut oka z książki. A na odwrocie adnotacja: „Vanessa Diffenbaugh- (…) Studiowała pisanie kreatywne i pracowała z młodzieżą z biednych środowisk. Coś tutaj mi się nie zgadzało- pierwsze wrażenie o książce – delikatnej, subtelnej jak świeże kwiaty- zestawione z doświadczeniem zawodowym autorki i właśnie tym połączeniem książka mnie zaintrygowała.
Na pewno fabuła jest czymś oryginalnym. Tego jeszcze nie było, a na pewno nie w moich rękach. Victoria tułająca się od domów dziecka, przytułków do coraz to nowych rodzin zastępczych. Tylko w jednym z domów zagrzała miejsce na dłużej- u samotnej Elizabeth, która nauczyła ją języka kwiatów. Victoria jest zamkniętą, często obcesową dziewczyną. Jednak potrafi znaleźć w sobie wyrozumiałość i czułość, ale tylko przy kontaktach z kwiatami. To one pozwoliły jej wytrzymać ciągłe zmiany w życiu, nerwy, rozłąki. Victoria ma niezwykłą zdolność komponowania bukietów , które zmieniają losy ludzi nimi obdarowanych. Do tej pory nie poznała nikogo, kto znałby ten sekretny język, aż pewnego dnia życie postawiło na jej drodze tajemniczego Granta, który dodatkowo budzi w niej nie znane dotąd uczucia. I tak zaczęły zachodzić zmiany. Zmiany w niej samej.
Historie autorka przedstawiła na dwóch płaszczyznach. Przez całą powieść przeplatają się losy Victorii jako dorosłej kobiety, z jej przeżyciami z dzieciństwa. Taki układ pozwala zrozumieć wydarzenia, które następują i mimo, że chronologia nie jest przez to zachowania, dużo lepiej można wczuć się w całą opowieść. Na końcu umieszczony został „słownik kwiatów”.
Nie byłam zaskoczona, bo przestałam się spodziewać banalnej historii już zanim zaczęłam czytać (patrz: pierwszy akapit), ale jestem pod wrażeniem tego, z jaką lekkością autorka pokazała relacje matki z córką, niechcianej podopiecznej domu dziecka, problemów wychowawczych i w końcu potrzeby zrozumienia. Victoria wbrew pozorom chciała, żeby ktoś w końcu ją zrozumiał, dotarł do niej, ale była przekonana, że to nieosiągalne i że jej losy zostały przesądzone. Jej wstrząsające przeżycia, doświadczenia zdobyte podczas burzliwego dzieciństwa odcisnęły piętno na całym życiu.
Kwiaty są tutaj próbą wyrażenia skrywanych uczuć, emocji. Zastępują słowa, są subtelnymi metaforami rzeczywistości. Do tego lekki język, który sprawia, że książka wciąga od pierwszej do ostatniej strony, a historia w nich zawarta zostaje w pamięci na długo wraz z lekcją płynącą z wielu wątków opowieści, ale do tego chyba warto dojść samodzielnie.
Niesamowity debiut Vanessy Diffenbaugh. Nietuzinkowy pomysł na opowieść, w której głosem głównych bohaterów są kwiaty. Autorka spisała się świetnie zarówno pod względem idei jak i realizacji. Dawno nie trafiłam na tak niezwykłą książkę.
„Jestem nieufna jak lawenda, samotna jak biała róża. Boję się. Dlatego pozwalam, by moim głosem były kwiaty”
Dla autorki bukiet Eustomy
(wg. słownika kwiatów Eustoma wyraża uznanie)
środa, 13 lipca 2011
"Marilyn, ostatnie seanse" Michel Schneider
Mimo tego, ze od śmierci Marilyn minęło 49 lat, wciąż jest owiana tajemnicą, cieszy się zainteresowaniem a o jej zawiłym życiu powstają kolejne reportaże, książki, itd. Ja zwróciłam uwagę na jedną z nich.
„Ostatnie seanse” wyróżniają się na pewno formą. Nie jest do końca ani biografia, ani powieść; poza tym to połączenie dokumentu i fikcji, jednak autor zastrzega: „Moje fałszerstwo posuwa się co najwyżej do przypisywania jednym tego, co powiedzieli, widzieli, czy przeżyli inni, do stworzenia prywatnego dziennika, którego nigdy nie odnaleziono, pisania wyimaginowanych artykułów czy notatek i obdarzania mych postaci marzeniami i myślami, których nie poświadcza żadne istniejące źródło”. Wszystkie dane, cytaty, nazwiska, miejsca, daty itd. są prawdziwe. Autor korzystał między innymi z taśm, które Monroe nagrywała dla swojego psychoanalityka.
Schneider stara się pokazać Marilyn taka, jaką była naprawdę, czyli zagubioną, trochę naiwną, nie mogącą odnaleźć samej siebie. Postrzegana jako nieskomplikowany symbol seksu, blondyneczka której główną zaletą jest wygląd, komercyjny świat w który wpadła właśnie taką przykleił jej etykietkę. Po części przez swój charakter a po części przez Hollywood- to jest obraz Marilyn widziany przez innych, a w końcu i przez nią samą. Towarzyszył jej do ostatnich dni. Pogoń za sławą, za byciem pożądaną, nadużywanie środków uspokajających, nasennych, toksyczne związki- to wszystko miało destrukcyjny wpływ na Marilyn, a my możemy obserwować jej mentalność, uczucia, problemy ze sobą i z depresją dzięki książce Michela.
Przedstawia nam postać ikony kobiecości, urody, jako kogoś z mentalnością zagubionego dziecka. Mnie przekonał do swojego portretu jej osoby. Opisał również tę część osobowości Marilyn, która chciała wyrwać się z ciągłego uśmiechania się na planie jako ktoś, kim nigdy do końca nie była, miała pragnienia, marzenia, których nigdy nie spełniła. Wydaje się, że największym z nich była potrzeba czucia, że jest komuś potrzebna nie tylko jako seksbomba. Dzięki refleksjom autora na temat psychiki i psychoanalizy (które chwilami się dłużą, jednak nie psują ogólnego pozytywnego wrażenia) możemy wyciągnąć własne wnioski.
Zaletą „Ostatnich seansów” jest tło. Lata 60, Hollywood. Symbolem tamtejszej społeczności powinny być gwiazdy filmowe leżące na kozetce. Szkoda, że tak niewiele z nich potrafiło potem z tej kozetki wstać. Klimat towarzyszący wszystkim opisanym wydarzeniom na mnie zadziałał i uważam go za największy plus książki. Dodatkowo depresyjny, melancholijny nastrój całej powieści i przeżycia Marilyn wkomponowane w tę gorszą stronę Hollywood, zwanego symbolem kina.
„Powiedz mi, że mam duszę, a będziesz mógł wziąć część mojego ciała (...)." (Cytat z książki, wypowiedź Marilyn)- starała się za wszelką cenę udowodnić samej sobie, że jest coś warta, ale nie potrafiła.
Na początku czytania przeszkadzała mi chronologia. Skakanie z jednego roku do innego, cofanie się, wracanie. Ciągłe przeplatanie się czasów i bohaterów. Urwane opowieści. Jednak potem, kiedy przestałam próbować na siłę się w tym połapać, zaczęłam brać to za zaletę, dzięki której książka tym bardziej zyskała na oryginalności. Tak chyba właśnie wyglądało życie Marilyn. Poszczególne rozmowy, zdarzenia, sytuacje nie odgrywają większej roli, jednak w całości ta kolejność ma sens, wszystko ma swoje miejsce i jest ważną częścią całej historii, życia aktorki.
POLECAM. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









