sobota, 9 lipca 2011

"Sprawiedliwość owiec" Leonie Swann

Po serii książek Agaty Christie i Joanny Chmielewskiej, nie wyobrażałam sobie, że jakaś pozycaj kryminalna może być lepsza od tych pisanych przez wyżej wymienione autorki. Jednak ostatnio sięgnęłam po „Sprawiedliwość owiec” Leonie Swann. Podtytuł brzmi „Filozoficzna powieść kryminalna” . Zgadza się. Mamy zarówno zagadkę, której rozwiązanie nie należy do najprostszych, jak i filozofie dotycząca, życia, ludzi, ich przysposobienia. Na pierwszy rzut oka nie widać tutaj nic specjalnego, przykuwającego od razu uwagę. Może poza tym, że do rozwikłania kryminalnej zagadki i rozważań dążą… owce.
Cała akcja zaczyna się w chwili, kiedy stado znajduje swojego pasterza Georga leżącego na pastwisku, ze szpadlem wbitym w brzuch. Słusznie osądzają, że jest martwy. Od razu pada postanowienie, że dowiedzą się kto jest mordercą i doprowadzą do sprawiedliwości. No.. może nie tak od razu. Ale zaraz po panice, że nie będzie miał kto dawać im siana i czytać powieści tak jak George.
Powieść napisana jest z humorem i lekkością. Z jednej strony skupiamy się na ciekawej fabule kryminalnej, a z drugiej „obserwujemy” postaci owiec, indywidualny charakter każdej z nich i mądrości, które wygłaszają. Zazwyczaj zwierzęta pojawiające się w książkach są całkowicie spersonifikowane, przybierają ludzkie cechy i symbolizują ich zachowania. W „Sprawiedliwości…” owce zostały do pewnego stopnia spersonifikowane. Ale tylko do pewnego stopnia a mianowicie do logicznego myślenia, wyciągania wniosków… I mniej więcej na tym się kończy. Czytelnik sam może stwierdzić, że ich natura została prawie w całości zachowana. Dlatego ich owcze przemyślenia i mądrości wygłaszane w stadzie składają się na trafne określenia ludzkich zachowań, pewnych mechanizmów i sytuacji. Moim zdaniem właśnie to jest główną przyczyną sukcesu tej książki- zachowanie zwierząt w owcach, zamiast całkowitego zmienienia ich natury w ludzką. Problemy typowe dla owiec i ich życia pokazane w genialny sposób przeplatają się z prowadzonym przez nie dochodzeniem. Brzmi to absurdalnie, jednak żeby zrozumieć co mam na myśli, należy sięgnąć po dzieło Leonie Swann.
Powieść ta jest czymś nowym jeżeli chodzi o gatunek kryminału. Zupełnie nie trzyma się dotychczasowych ram, jest połączeniem dobrej zabawy, z dociekaniem prawdy rozważań nad owczymi teoriami, zadziwiająco trafnymi. Komizm sytuacyjny i irracjonalne podejście do wielu kwestii czyni książkę wartą przeczytania.
Jednak odejście od schematów przynosi efekty, czego przykładem jest „Sprawiedliwość owiec”. Została wydana aż w 25 krajach. Mam nadzieję, że druga część zatytułowana „Triumf owiec” będzie równie świetna w swojej specyficzności.

"Alchemik" Paulo Coelho

„Alchemik” Paulo Coelho to książka ponadczasowa, do tego stopnia poruszająca człowieka, że postanowiłam o niej napisać. To pierwsza pozycja tego autora po którą sięgnęłam (swoją drogą to dzięki niej przekonałam się do kolejnych). Przez prostotę fabuły pozwala skupić się na zawartych tam metaforach i przekazach. Autor nie stara się wzbogacać słownictwa, wprowadzać zawiłych zwrotów, a mimo to „Alchemik” jest znany niemal na całym świecie i moim zdaniem można go uznać już za klasykę, mistrzostwo w swojej kategorii.
Główną postacią jest andaluzyjski pasterz Santiago. Wiedzie on spokojne życie, wędrując ze stadem owiec. Dba o nie, troszczy jest. Jest człowiekiem dobrego serca, podporządkowuje wszystko swoim zwierzętom. Nie posiada dóbr materialnych, jego jedyny dobytek to płaszcz na wypadek chłodnych nocy i książka. Podąża na spotkanie z kupcem, którego córkę zamierza poślubić. Jednakże spotkanie ze starcem odmienia całkowicie jego plany. Santiago porzuca dotychczasowe życie, zmienia dosłownie wszystko i wyruszą w podróż. Podróż, która ma na celu odnalezienie Własnej Legendy.
Tułaczka przez zawikłane ścieżki losu pomaga zrozumieć mu cel jego życia, i błąd jaki popełniają ludzie. W pogoni za pieniędzmi, sławą i ciągłym pośpiechem zapominają o marzeniach i o samych sobie. Boją się żyć tak, podpowiada im serce. Współczesny świat pozbawił ich odwagi do marzeń i podejmowania ryzyka, aby je spełnić. Coelho pisze: „to możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące”, więc ludzie którzy się tego pozbawiają, będą zawsze czuli swoistą pustkę. Mimo sukcesów, kariery, zawsze czegoś będzie im brakowało. Nie dopuszczą do głosu serca a tym samym zbudują mur dzielący ich od prawdziwego szczęścia. Niemal każda strona powieści krzyczy do czytelnika „Podążaj za marzeniami!”. Mimo mojego idealistycznego podejścia, uważam, że każdy kto sięgnie po tę książkę, po przeczytaniu zada sobie pytania, jakich wyborów dokonał żeby spełnić marzenia, odnaleźć „własną legendę”. Powieść wręcz wymusza w odbiorcy refleksje nad własnym życiem, pozwala się zatrzymać i złapać oddech w ciągłej gonitwie a może nawet trochę zmienić jej kierunek, charakter.
Losy głównego bohatera mają symbolizować każdego człowieka z pragnieniami, własną ścieżką, do którą niewielu dąży. Santiago podczas swojej drogi dokonał wyborów z pozoru absurdalnych, jednak podjął ryzyko i zostało mu to wynagrodzone. Odnalazł sens swojego istnienia, szczęście. Ciężko znaleźć najważniejsze przesłanie powieści, niesie ich zbyt dużo, jednak mnie najdłużej zatrzymał się w pamięci fragment: "-A jakie jest największe kłamstwo świata?- spytał zaciekawiony młodzieniec.
-To mianowicie, że nadchodzi taka chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie
nad naszym życiem i zaczyna rządzić nim los. W tym tkwi największe kłamstwo
świata". Jest rodzajem motywacji, pomocy w pozbyciu się obawy przed porażką. Niezależnie od wszystkiego trzeba dawać z siebie wszystko, i starać się jak tylko można, aby osiągnąć cel, spełnić Własną Legendę, która dla każdego człowieka oznacza co innego.
„Alchemik” jest jedną z nielicznych książek do których wracam. Zazwyczaj wtedy, kiedy wydaje mi się, że dążenie do celu nie ma sensu, że wszystko i tak toczy się swoim torem. Czasami po prostu dlatego, że autor napisał powieść w taki sposób, że nie sposób odłożyć ją na półkę i o niej zapomnieć. Jest przypomnieniem o tym co najważniejsze a przede wszystkim piękną opowieścią, dzięki czemu samo czytanie przynosi rodzaj motywacji do działania i pozytywne nastawienie, choć muszę przyznać że teraz, kiedy jestem po lekturze kilku książek Coelho (postaram się o recenzje już niedługo), że porusza on w każdej z nich te same wartości i jak narazie nie mam ochoty na więcej. Tego autora powinno się dawkować, w końcu- co za dużo to nie zdrowo.

"Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem" Oliver Sacks



Książki o tematyce psychologicznej czy wręcz psychiatrycznej kojarzą się z epopeją medyczną przeznaczoną tylko dla lekarzy zajmujących się tą dziedziną. Część, a może nawet większość z nich taka jest, aczkolwiek na pewno nie książki Olivera Sacksa (angielskiego neurologa). Jego książki skupiają się nie na chorobie a na osobowości i jednostce. Właśnie to sprawia, że z pozoru naukowa książka przekształca się w piękny portret ludzi, którzy utworzyli własny świat, odmienny od reszty, ale równie interesujący. Sacks skupia się na nich jako na osobach a nie przypadkach z zaburzeniami mózgu. Autor udowadnia że neuropsychologia to nie tylko badanie mózgu. W głębszym pojęciu to zagłębianie się w ludzką psychikę i mechanizmy kierujące osobowością.
W takim stylu napisał książkę pt. „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Stara się wniknąć w życie swoich pacjentów, w ich świat, żeby zrozumieć ich postępowanie i to co na nich w jakiś sposób wpływa. Oprócz swojego świetnego podejścia, autor potrafi także opisać swoje doświadczenia i tok myślenia w porywający, mądry sposób. Daleki od suchej naukowej książki i wskazanych metod postępowania.
Mężczyzna z tytułu książki (dość kontrowersyjnego) to pierwszy pacjent znanego neurologa. Cierpiał na zaburzenie w odbiorze bodźców. Wybitny śpiewak operowy i wykładowca akademii muzycznych, oglądał otaczający go świat jednak nie potrafił go rozpoznać. Przez kilkadziesiąt lat borykał się z cechą, która sprawiała, że poruszał się w rzeczywistości bez możliwości, a może umiejętności jej rozpoznania. Sacks w trafny i przystępnu a zarazem konkretny sposób pisze o swoich kontaktach z tym pacjentem. Jednak jeszcze bardziej ciekawa kwestia to życie pacjenta przed spotkaniem z psychiatrą. Jak udało mu się sprostać wymaganiom codziennego życia podczas gdy nie potrafił rozpoznać twarzy własnej żony a nawet własnego odbicia w lustrze? Jak wyżej napisałam, był śpiewakiem a więc radził sobie słuchem. Zastąpił widzenie słuchaniem. Jego życiem rządziły dźwięki a jego „historię” opisaną w „Mężczyźnie, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” czyta się jednym tchem. Zarówno tą jak i historie innych pacjentów przedstawione w tej publikacji. Napisane w sposób równie świetny jak ta wymieniona wyżej.
Na odwrocie książki umieszczono cytat kanadyjskiego lekarza Williama Oslera: „opowiadanie o chorobach to rodzaj baśni z tysiąca i jednej nocy”. Według mnie to strzał w dziesiątkę dla dzieła Sacksa. Dzięki nie naukowej formie (pomimo wyjaśnień wielu zaburzeń mózgu, które są nie mniej interesujące od samej treści) i budzącemu podziw podejściu autora do ludzi, ich słabości i postrzeganiu przez nich świata, polecam książkę wszystkim, których interesują ludzie. Po prostu ludzie, z psychologicznego punktu widzenia, wzajemne relacje i to jak życie może się zmienić. Polecam ją również tym, których interesuje psychiatria, i świat osób z zaburzeniami neurologicznymi, bo właśnie to skłoniło mnie do czytania książek Olivera Sacksa.

"Pałac północy" Carlos Ruiz Zafon

Zanim zrobię małe przerwy między postami, muszę trochę nadrobić- mam mnóstwo niepublikowanych recenzji a aż prosi się o napisanie nowych, po właśnie przeczytanych książkach. 


Wydawać by się mogło, że żadna książka Zafona nie dorówna "Cieniowi wiatru" i "Grze anioła". Pozory mylą. Mimo, że zarówno "Książę mgły" jak i "Pałac północy" są stosunkowo krótkie, z całą pewnością specyficzny klimat został przez autora zachowany, a po skończonej lekturze każdej z jego pozycji niezmiennie siada się w ciszy pod wrażeniem książki. I tym razem Zafon nie zawiódł.

Czytałam wiele niepochlebnych opinii na temat "Pałacu północy"- wszystkie opierały się na porównaniach. Nawet idąc tym tropem, jestem pod wrażeniem, takim samym jak po skończeniu "Cienia wiatru".

Fabuła sama w sobie roztaczająca mgłę tajemnicy w połączeniu z opisami tworzy coś, czego brakuje wielu książkom. Czytając, ma się wrażenie że oglądam się film, zadrukowane strony są zastępowane przez obrazy, film powstały z słów, wylewających się z każdej strony. Autor pozwala poczuć atmosferę wydarzeń, zagłębić się w klimat miejsc, gdzie toczy się akcja a przypomnę, że w tym wypadku jest to spalony dworzec, zgliszcza zwane "pałacem północy" itd.

Kreacja bohaterów nadająca każdemu z nich własny, niepowtarzalny charakter, osobiste cechy- to kolejny plus. Dochodząc do ostatniej strony, wyczuwa się przywiązanie do głównych postaci powieści. Aż chciałoby się przedłużyć wszystkie wydarzenia czy poznać dalsze losy bohaterów, których emocje towarzyszą nam przez cały czas czytania "Pałacu...".

Jedynym co uważam za drobną wadę, jest przedłużanie opisów w kilku miejscach. Wszystko dzieje się szybko, bohaterowie nie mają czasu do stracenia i... i następuje kilku stronicowy opis, wybijający z emocji, które wzbudził ogół treści. Nie jest to wielki minus, jednak w dwóch, może trzech miejscach, dało się odczuć przydługie rozważania.

Biorąc pod uwagę wszystkie aspekty- polecam. Książka wywarła wrażenie, takie, jakie w moim odczuciu miał na celu autor, choć to od wyobraźni czytelnika zależy, jak wykorzysta "luki", miejsca na własną interpretację.

Po tej lekturze, z niecierpliwością czekam na "Światła września" mające się ukazać "już" w październiku.

piątek, 24 czerwca 2011

"Gringo wśród dzikich plemion" Wojciech Cejrowski

Pod wpływem dnia spędzone w domu, nad książką i kubkiem kawy, powstał blog. Gdzieś trzeba przelać komentarze kłębiące się w głowie po skończonej lekturze. Czytam często i dużo, więc będzie co przelewać (właściwie przeklikiwać) na bloga. W ramach słonecznej, upalnej pogody, zacznę od czegoś lekkiego.
Cejrowskiego zawsze lubiłam słuchać w jego programie "Boso przez świat" i przerwanie mi odcinka było bardzo nie mądrym posunięciem. Lubiłam może głownie przez moją fascynacje podróżami, odległymi kontynentami etc., jednak sama osoba W.C. ze swoim humorem, który wyjątkowo do mnie trafiał i umiejętnością zgrabnego przekazania wiedzy miała w tym nie mniejszy udział.

Nadszedł czas na książkę. Po pobieżnym przejrzeniu "Gringo..." od razu byłam nastawiona bardzo pozytywnie - zdjęcia. Piękne, naturalne ujęcia wzbogacające książkę. Chociażby dlatego warto ją polecić. Te właśnie zdjęcia same już opowiadają historię, a dodatkowo treść staje się bardziej wiarygodna, mimo, że opowiada o tak odległym kawałku świata.

Zaczęłam czytać. czytałam. czytałam. czytałam. Ojej, jak to już ostatnia strona?- Tak to dokładnie wyglądało. Nie da się od tego tekstu oderwać. Wywołujące uśmiech, ewentualnie niekontrolowany śmiech opisy, sytuacje i do tego przekazujące konkretne informacje kulturowe czyli to co trzeba i więcej, żeby uszczęśliwić czytelnika.


Bardzo trafna recenzja jednej z czytelniczek widniejąca na odwrocie książki:

 
"Szukałam prezentu dla męża, kupiłam i sama połknęłam w dwa dni, śmiechem prawie wywołując skurcze porodowe[...]".



Czytając, czułam się jakbym z boku, będąc w danym miejscu, obserwowała wydarzenia, była ich świadkiem. W pełni oddany klimat to wielki plus, zresztą kiedy ma się świadomość z tego, że czyta się nie powieść a fakty- pod wpływem książki wzrasta pragnienie podróży w tak odległe miejsca, przeżycie tego wszystkiego czym wzbudziła emocje książka Cejrowskiego.

Jeszcze żadna pozycja tej kategorii (i w zasadzie to chyba żadnej innej lub porównywalnie) tak na mnie nie wpłynęła. Po skończonej lekturze od razu rozpoczęłam pościg za kolejną książką W.C.

Ciężko mi znaleźć minusy, więc zrobię wyjątek i nie będę się doszukiwać a w tym wypadku robię to z czystym sumieniem. Polecam, choć recenzja w żaden sposób nie oddaje mojej radości z czytania.



Niebawem pojawi się kolejna pożal się Boże recenzja mojego autorstwa, zapraszam!:)